DOBRE SAMOPOCZUCIE
Strona główna / Styl życia / Gonzalo Martín: Ceramika, która smakuje
Pojechaliśmy na Teneryfę po słońce. Dostaliśmy deszcz, wiatr i coś znacznie lepszego — zaproszenie do pracowni człowieka, którego talerze stoją na stołach restauracji z trzema gwiazdkami Michelin.
Gonzalo Martín otworzył nam bramę swojego warsztatu w Valle de La Orotava, zanim zdążyliśmy porządnie powiedzieć hola. Ciepły uśmiech, mocny uścisk dłoni i od razu — wejdźcie, pokażę wam. Żadnych ceremonii. Tak właśnie wita człowiek, który od 25 lat robi to samo: siada przy glinie i słucha, co ma mu do powiedzenia.
Glina pamięta wszystko, czego dotknęły jego dłonie
Obok warsztatu stoi jego dom. Przed wejściem rośnie strelicja, a za nią stare drzewo. I ocean. Zawsze ocean. Na Teneryfie nie da się od niego uciec, a Martin Gonzalo nawet nie próbuje — to właśnie z niego czerpie wszystko: kolory szkliw, faktury powierzchni, nieregularne kształty mis, które wyglądają jak wulkaniczne skały obmyte przez fale.
W pracowni najważniejszy piec. Prawdziwy, duży, wysłużony. I cisza, która pachnie gliną.
Przestawiamy wszystko na stół przed oknem. Tomek ustawia światło. Martín siada przy kole — tak po prostu, jakby robił to tysiąc razy dziennie. Bo robi.
Zaczynamy.
W pracowni stoję przed półką i nie potrafię się powstrzymać. Dotykam. Pierwszy talerz — popękany, jakby ktoś zamroził czas tuż po trzęsieniu ziemi. Drugi — chropowaty, ciemny, jakby wyjęty prosto z krateru. Każdy inny. Żaden idealny w klasycznym sensie. Wszystkie niesamowite. Mam tyle pytań, że nie wiem, od której zacząć.
Pytam o dom. Gonzalo mówi bez zastanowienia: dom to miejsce, gdzie czuję się sobą, gdzie mogę pracować i mieć przy sobie ludzi, których kocham. Warsztat i dom to dla niego jedno — mały raj w La Orotava, gdzie o poranku słychać jednocześnie ocean i wiatr z góry Teide. Nie potrzebuje nic więcej.
Ale czy używa swoich talerzy na co dzień? Tu pojawia się uśmiech. Oczywiście — tylko te z defektami. Te, które nie przeszły selekcji. Nie dlatego, że są gorsze. Dlatego, że każdego ranka przy kawie przypominają mu, po co to wszystko robi. Każdy talerz jest wyjątkowy, nawet z małą skazą — mówi. — Właśnie dlatego go cenię.
Pytam skąd bierze się ta estetyka — surowa, wulkaniczna, a jednocześnie tak delikatna. Gonzalo patrzy przez okno. Natura — mówi krótko. Krajobraz wulkaniczny, który go otacza, jest jego głównym źródłem. Nie naśladuje go dosłownie. Wchłania go. Pozwala, żeby glina sama znalazła formę. Trochę jak filozofia wabi-sabi — piękno w niedoskonałości, w tym, co ulotne i nieregularne. Kiwa głową. Czasem lepiej się poddać i pozwolić, żeby kreatywność płynęła sama. Technika to tylko narzędzie.
Pracuje dla największych. Berasategui, Roca, Ángel León z Aponiente, David Muñoz z DiverXO. Pytam, jak wygląda taka współpraca. Czy chef przychodzi z gotowym pomysłem, czy Gonzalo ma wolną rękę? Śmieje się. Chef opowiada mi o menu — o każdym daniu, o kolorach, o teksturach, nawet o tym, jak wygląda sos na talerzu. I na tej podstawie projektuję naczynie. Talerz musi rozmawiać z jedzeniem, nie konkurować z nim. Jakby forma i kolor naczynia zlewały się z kompozycją szefa w jedno.
Czy piękny talerz zmienia smak? Gonzalo kręci głową. Nie zmienia. Ale go uwydatnia. Kiedy jesz, używasz wszystkich zmysłów — wzrok jest pierwszy. Odpowiednio zaprojektowane naczynie nobilituje produkt, który w sobie niesie. Dlatego przed każdym projektem pyta o kolory dań. To nie jest szczegół — to fundament.
Pytam, która z jego prac jest dla niego najważniejsza. Długa pauza. Nie uważam się za artystę — mówi w końcu. — Jestem rzemieślnikiem. I żadna pojedyncza praca nie jest ważniejsza od innej. Ale gdybym miał wskazać jeden obiekt, który definiuje moją drogę — to nie byłby żaden talerz. To narzędzia mojego pradziadka, które stoją w tym warsztacie.
Milczymy przez chwilę.
Na koniec pytam o radę dla naszych czytelników — jak żyć piękniej, na co dzień, we własnym domu. Gonzalo zastanawia się dłużej niż przy innych pytaniach. Nie jestem od dawania rad — mówi ostrożnie. — Ale może chodzi o zmianę spojrzenia. Zwykła rzecz, pozornie bez wartości, może być najpiękniejsza. Jak chwast w ogrodzie albo polna trawa.
Zanim wychodzimy, pytam jeszcze o jedno. Jakie słowa zapamiętał najbardziej — z ust kogoś, kto trzymał jego pracę w dłoniach?
Uśmiecha się szeroko.
„Mój ulubiony moment dnia to poranna kawa w twoim kubku.”
PYTANIA OSOBISTE
Zaczynam dzień od: kawy.
To, co w sobie lubię: to bardzo trudne pytanie.
W innych cenię: szczerość.
Najbardziej irytuje mnie: hipokryzja.
Rodzice nauczyli mnie: być uczciwym.
Najbardziej boję się: nie czuć się kochanym.
Ulubione miejsca na Teneryfie: trudno wybrać jedno, kiedy wszędzie jest pięknie.
Ulubione jedzenie: potaje z kapusty mojej babci.
Ulubione kwiaty: orchidee mojej mamy.
Lubię: zbierać rano jajka od moich kur. jajaja.
Śmieję się: łatwo, z niewiele.
Kiedy jestem zdenerwowany: kiedy muszę mówić publicznie.
Najpiękniejszy prezent, jaki dostałem: moje dzieci.
To, co mnie wzrusza: ludzie, których już nie ma.
Zanim wyszliśmy, Gonzalo zniknął na chwilę w głębi pracowni. Wrócił z wazonem w dłoniach. To dla was — powiedział. — Pod wasze kwiaty.
Trzymam go w rękach i nie potrafię przestać patrzeć. Powierzchnia popękana jak ziemia wysuszona pod słońcem Teneryfy — każda rysa inna, każda celowa, każda prawdziwa. Jakby wyspa sama zostawiła na nim swój odcisk.
Ten wazon przejechał z nami przez całą Teneryfę. Widział czarne plaże i wulkaniczne klify, mgłę nad Teide i ocean o zachodzie słońca.
Zasługuje na własną historię. Wkrótce.
Rozmawiała: Natalia Głowacka
Zdjęcia: Ian Tomasz Ościk
Orzymaj 10% rabat
na pierwsze zakupy
Skandynawski Design
Sztuka pięknego życia